sobota, 14 lipca 2018

pisane we wtorek, moje drugie imię spóźnienie

Godzina 21.
Nastusia miała spać, ale ogląda rysunki jednorożców na swojej piżamie. Zasnęła po 30 minutach.
Lubię swoje cztery kąty. Co prawda wynajmowane, ale zawsze jest dokąd wracać. Po paru latach tułaczki i życia na kilka domów naraz, wreszcie mam swoje rzeczy w jednym miejscu. Lubię być otoczona swoimi rzeczami. Każda z nich ma swoją historię lub łączą się z nią określone emocje, bo przypomina mi o kimś. Drzewko szczęścia od mojej sąsiadki, doniczka do której ją niedawno przesadziłam - z małej kwiaciarni obok domu dziadków, którą pamiętam od zawsze. Figurki słoniki, które kompletowałam, kiedy byłam w ciąży z Anastazją, tomik poezji Agnieszki Osieckiej, który miałam przy sobie w szpitalu, gdy urodziłam Anusię. Elegancka szkatułka z pieskiem(białym seterem)od mojej siostry, nasze zdjęcia z dzieciństwa, które robił Tata, ja z naszą pierwszą świnką morską, pierwszym zwierzątkiem w domu - na jednej fotografii, na innej - moje ukochane psy pochylone do siebie głowami jak Ying i Yang. Dziś w "Wysokich Obcasach"(czytam je z opóźnieniem, nieregularnie, podobnie jak wszystko inne)przeczytałam o podróżnikach, o kobiecie, która podróżuje ze swoją 14 miesięczną córką. Kurczę, my z Anulą, chociaż jest starsza parę miesięcy najdalej od Szczecina byłyśmy nad Bałtykiem. Zaczęłam sobie wjeżdżać na ambicję. No, dobrze, a gdzie i za co byś chciała pojechać?
Tak naprawdę większą część czasu lubię być w domu, a szczególnie sama, bo do takiej formy przyzwyczaiłam się najbardziej. Włączać kino alternatywne, czytać, pisać, zanurzać się w swojej ulubionej muzyce... Dobra, zgrywam się. Oczywiście uwielbiam każdą z tych czynności, ale po 1) kocham jednocześnie spędzać chwile z Aszenem, moim psem, czuć jak śpi obok, przytulać go, wwąchiwać się w niego... po 2) odkąd pojawiła się moja córka nie wyobrażam sobie dłuższej rozłąki z nią - uwielbiam się z nimi w trójkę wałkonić w łóżku. Gilgać Anastazję, słyszeć jej słodki śmiech i czuć lizanie po twarzy przez Aszena, widzieć jego radość, kiedy wkracza by przyłączyć się do naszej zabawy. Te chwile sprawiają, że czuję szczęście, jakby takie ciepłe słoneczko wyłaniało się zza chmur i ogrzewało całe moje ciało.
Jednak gdy zbyt długo przebywam zamknięta w domu(a sama często się tam więżę, narzucając sobie kolejne zadania do wykonania)to zaczynam wariować, chodzić zdenerwowana, robi mi się gorąco, potrzebuję świeżego powietrza i zmiany otoczenia. Z kolei kiedy już nasycę się wyprawą gdzieś czy odwiedzinami u kogoś to zaczyna mi się odmieniać w drugą stronę. Potrzebuję zmiany otoczenia, ale na konkretne - chcę być w swoim dobrze znanym domu. Chcę wziąć prysznic w swojej wannie, napić się z własnego kubeczka i rozwalić na łóżku. Jest tylko jedno miejsce, które mi się nie nudzi, drugi dom; nie chce mi się stamtąd wracać i nie mogę się nim nacieszyć - Łukęcin, a przede wszystkim plaża i to morze tam. Mogłabym z niego nie wychodzić. Czuję tak mocne zespolenie z morską wodą, falami, naturą... Chciałabym to uczucie kiedy jestem tam, schować, zatrzymać i móc zaznać je w gorszej chwili. Czuję powiązanie z przeszłością, jakby pod wodą pływały wszystkie wspomnienia, które stamtąd pochodzą. Łukęcin to kopalnia wspomnień. Zawsze będę tam wracać. Kiedyś wyobrażałam sobie, że mam auto, wsiadam w nie i jadę tam kiedy chcę. Zwłaszcza gdy świat wokół wydaje się zły. Wyjazdy, szczególnie te blisko natury niesamowicie ładują mi akumulatory.
A skoro już wróciłam do tematu napiszę o takiej nieprzebytej podróży - pojechałabym. Do Indii. Nawet swego czasu uzbierałam ładne pieniądze, a było to już pare lat temu. Oczywiście przerąbałam na głupoty. Może kiedyś nam się uda z moją Azją pojechać. Póki co mogę zawsze zapodać sobie film Bollywood, potem piosenkę Mozila i Quebonafide na otrzeźwienie. Pójść do restauracji Bombay lub Bollywood Street Food w rodzinnym mieście, a latem zajechać chociaż do Krisznowców na nadmorski festiwal Indii.
Długo zajął mi namysł czy próbować zabawy z blogiem. Skłaniałam się bardziej ku założeniu instagrama Aszenowi, mojemu psu, ale mam telefon wiecznie przepełniony danymi, więc chyba ten plan dodam później do odhaczenia na mojej liście.
Od dawna kłóci się we mnie chęć ekshibicjonizmu w pisaniu z pozostawieniem wszystkiego dla samej siebie w pamiętniku, na kartce papieru. Prawdę mówiąć to co teraz piszę jest pierwszym tworem od przynajmniej paru miesięcy. Teraz piszę bardzo rzadko "coś nowego". A przez to się duszę. To dla mnie jakbym nie umiała znaleźć drogi do domu, jakbym nie gasiła pragnienia, nie zadbała o podstawowe pragnienia.
Walka między "staromodną ja", a "ekshibicjonistyczną, współczesną ja" zakończona. Pobrzmiewają mi w głowie słowa mojej ulubionej nauczycielki, polonistki, abym spróbowała pisać bloga. Ta kobieta w okularach z długim blondwłosym warkoczem, która swego czasu po godzinach lekcyjnych nalewała z kegi czeskiego browara, jakby przemawiała do mnie "Tośka, idź z duchem czasu"(Mówiła "Tośka", choć nie lubię tej wersji imienia, bo brzmi szorstko, w jej ustach kojarzy mi się ciepło). I idę, choć standardowo nie wiem jak dobrać grafikę pod siebie, układ strony i nie wiem jeszcze co napisać w ramce o mnie... O nas, bo to będzie blog o nas. Jeśli będzie, bo ja się zwykle konsekwentnie za coś biorę i konsekwentnie to rzucam. Nie wiem o czym będę tu pisać, nie wiem czy kogoś zainteresuje, że dzisiaj stłukłam butelkę soku z aronii, z której miałam podać odrobinę dziecku i sobie przed snem jako zastrzyk witaminy C. To było chwilę po g. 20, kiedy szłam podjąć starania ululania mojej dziewczynki. Tak więc jak to ja - niespodziewanie, korzystając z nadmiaru wolnego czasu, kiedy Anula wreszcie słodko chrapała, zabrałam się za skrupulatne odkurzanie i mycie podłogi. A napiszę szczerze, że chociaż staram się pedantycznie sprzątać to ostatnio długo nie robiłam nic z tym syfem... Sok z aronii i szkło od butelki zmobilizowało mnie by ni z gruszki ni z pietruszki koło 22 ogarnąć całą chatę. No, ale wszędzie mogło odprysnąć szkło, a w wielkim pałacu nie mieszkam, więc sprawnie to poszło.
A najwyżej jak każdy będzie miał w dupie to, że rozprysnął mi się taki dobry sok na podłodze to będę sobie pisać pamiętnik w internecie, nie na kartce. Na pewno jest to trwalsze rozwiązanie, w dodatku pomoże mi walczyć z moją amnezją. Często nie pamiętam kompletnie co robiłam parę dni temu. A tak jest szansa, że będę miała relacje. To pomocne jak Filmweb, gdy nie mogę przypomnieć sobie tytułu filmu, który oglądałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz